Главная
Каталог книг
Российская Демократическая Партия "ЯБЛОКО"
образование


Оглавление
Афанасьев Николаевич - Поэтические воззрения славян на природу
Григорий Амелин - Лекции по философии литературы
Григорий Амелин, Валентина Мордерер - Миры и столкновенья Осипа Мандельштама
Григорий Амелин, Валентина Мордерер - Письма о русской поэзии
Литературный текст: проблемы и методы исследования. Мотив вина в литературе
Тарас Бурмистров - Россия и Запад
Нора Галь - Слово живое и мертвое
Петр Вайль, Александр Генис - Родная Речь. Уроки Изящной Словесности
Евгений Клюев - Между двух стульев
Лотман Юрий - Комментарий к роману А. С. Пушкина "Евгений Онегин"
Лотман Ю.М. - Структура художественного текста
Ю. M. Лотман - Беседы о русской культуре
Лотман Ю.М. - О поэтах и поэзии: анализ поэтического текста
Милн Алан Александр - Дом в медвежьем углу
Сарнов Бенедикт - Занимательное литературоведение, или Новые похождения знакомых героев
Петр Вайль - Гений места
Борис Владимирский - Венок сюжетов
Арсений Рутько - У зеленой колыбели

W osobnych klatkach. - Jeden niewidomy: 

Palac krajowej ich architektury, 

Wymysl ich glowy, dziecko ich natury. 

Jakze tych gmachow cudowna robota! 

Tyle kamieni na kepach srod blota! 

W Rzymie, by dzwignac teatr dla cezarow, 

Musiano niegdys wylac rzeke zlota; 

Na tym przedmiesciu podle slugi carow, 

By swe rozkoszne zamtuzy dzwigneli, 

Ocean naszej krwi i lez wyleli. 

Zeby zwiezc glazy do tych obeliskow, 

Ilez wymyslic trzeba bylo spiskow, 

Ilu niewinnych wygnac albo zabic, 

Ile ziem naszych okrasc i zagrabic; 

Poki krwia Litwy, lzami Ukrainy 

I zlotem Polski hojnie zakupiono 

Wszystko, co maja Paryze, Londyny, 

I po modnemu gmachy wystrojono, 

Szampanem zmyto podlogi bufetow 

I wydeptano krokiem menuetow. 

Teraz tu pusto. - Dwor w miescie zimuje, 

I dworskie muchy, ciagnace za wonia 

Carskiego scierwa, za nim w miasto gonia. 

Teraz w tych gmachach wiatr tylko tancuje; 

Panowie w miescie, car w miescie. - Do miasta 

Leci kibitka; zimno, sniezno bylo; 

Z zegarow miejskich zagrzmiala dwunasta, 

A slonce juz sie na zachod chylilo. 

Niebios sklepienie otwarte szeroko, 

Bez zadnej chmurki, czcze, ciche i czyste, 

Bez zadnej barwy, blado przezroczyste, 

Jako zmarzlego podroznika oko. 

Przed nami miasto. - Nad miastem do gory 

Wznosza sie dziwnie, jak podniebne grody, 

Slupy i sciany, kruzganki i mury, 

Jak babilonskie wiszace ogrody: 

To dymy z dwiestu tysiecy kominow 

Prosto i gesto kolumnami leca, 

Te jak marmury kararyjskie swieca, 

Tamte sie zarza iskrami rubinow; 

W gorze wierzcholki zginaja i lacza, 

Kreca w kruzganki i lukami placza, 

I scian, i dachow maluja widziadla; 

Jak owe miasto, co nagle powstanie 

Ze srodziemnego czystych wod zwierciadla 

Lub na libijskim wybuchnie tumanie, 

I wabi oko podroznych z daleka, 

I wiecznie stoi, i wiecznie ucieka. 

Juz zdjeto lancuch, bramy otwieraja, 

Trzesa, badaja, pytaja - wpuszczaja. 

PETERSBURG 

Za dawnych greckich i italskich czasow 

Lud sie budowal pod przybytkiem Boga, 

Nad zrodlem nimfy, posrod swietych lasow, 

Albo na gorach chronil sie od wroga. 

Tak zbudowano Ateny, Rzym, Sparte. 

W wieku gotyckim pod wieza barona, 

Gdzie byla cala okolic obrona, 

Stawaly chaty do walow przyparte; 

Albo pilnujac splawnej rzeki ciekow 

Rosly powoli z postepami wiekow. 

Wszystkie te miasta jakies bostwo wznioslo, 

Jakis obronca lub jakies rzemioslo. 

Ruskiej stolicy jakiez sa poczatki? 

Skad sie zachcialo slawianskim tysiacom 

Lezc w te ostatnie swoich dzierzaw katki 

Wydarte swiezo morzu i Czuchoncom? 

Tu grunt nie daje owocow ni chleba, 

Wiatry przynosza tylko snieg i sloty; 

Tu zbyt gorace lub zbyt zimne nieba, 

Srogie i zmienne jak humor despoty. 

Nie chcieli ludzie - blotne okolice 

Car upodobal, i stawic rozkazal 

Nie miasto ludziom, lecz sobie stolice: 

Car tu wszechmocnosc woli swej pokazal. 

W glab cieklych piaskow i blotnych zatopow 

Rozkazal wpedzic sto tysiecy palow 

I wdeptac ciala stu tysiecy chlopow. 

Potem na palach i cialach Moskalow 

Grunt zalozywszy, inne pokolenia 

Zaprzagl do taczek, do wozow, okretow, 

Sprowadzac drzewa i sztuki kamienia 

Z dalekich ladow i z morskich odmetow. 

Przypomnial Paryz - wnet paryskie place 

Kazal budowac. Widzial Amsterdamy 

Wnet wode wpuscil i porobil tamy. 

Slyszal, ze w Rzymie sa wielkie palace 

Palace staja. Wenecka stolica, 

Co wpol na ziemi, a do pasa w wodzie 

Plywa jak piekna syrena-dziewica, 

Uderza cara - i zaraz w swym grodzie 

Porznal blotniste kanalami pole, 

Zawiesil mosty i puscil gondole. 

Ma Wenecyja, Paryz, Londyn drugi, 

Procz ich pieknosci, poloru, zeglugi. 

U architektow slawne jest przyslowie, 

Ze ludzi reka byl Rzym budowany, 

A Wenecyja stawili bogowie; 

Ale kto widzial Petersburg, ten powie, 

Ze budowaly go chyba szatany. 

Ulice wszystkie ku rzece pobiegly: 

Szerokie, dlugie, jak wawozy w gorach. 

Domy ogromne: tu glazy, tam cegly, 

Marmur na glinie, glina na marmurach; 

A wszystkie rowne i dachy, i sciany, 

Jak korpus wojska na nowo ubrany. 

Na domach pelno tablic i napisow; 

Srod pism tak roznych, jezykow tak wielu, 

Wzrok, ucho bladzi jak w wiezy Babelu. 

Napis: "Tu mieszka Achmet, Chan Kirgisow, 

Rzadzacy polskich spraw departamentem, 

Senator". - Napis: "Tu monsieur Zoko 

Lekcyje daje paryskim akcentem, 

Jest kuchta dworskim, wodczanym poborca, 

Basem w orkiestrze, przy tym szkol dozorca" 

Napis: "Tu mieszka Wloch Piacere Gioco. 

Robil dla frejlin carskich salcesony, 

Teraz panienski pensyjon otwiera". 

Napis: "Mieszkanie pastora Dienera, 

Wielu orderow carskich kawalera. 

Dzis ma kazanie, wyklada z ambony, 

Ze car jest papiez z Bozego ramienia, 

Pan samowladny wiary i sumnienia. 

I wzywa przy tym braci kalwinistow, 

Socynijanow i anabaptystow, 

Aby jak kaze imperator ruski 

I jego wierny alijant krol pruski, 

Przyjawszy nowa wiare i sumnienie, 

Wszyscy sie zeszli w jedno zgromadzenie" 

Napis: "Tu stroje damskie" - dalej: "Nuty"; 

Tam robia: "Dzieciom zabawki" - tam: "Knuty". 

W ulicach kocze, karety, landary; 

Mimo ogromu i bystrego lotu 

Na lyzwach blysna, znikna bez loskotu, 

Jak w panorama czarodziejskie mary. 

Na kozlach koczow angielskich brodaty 

Siedzi woznica; szron mu okryl szaty, 

Brode i wasy, i brwi; biczem wali; 

Przodem na koniach leca chlopcy mali 

W kozuchach, istne dzieci Boreasza; 

Swiszcza piskliwie i gmin sie rozprasza, 

Pierzcha przed koczem saneczek gromada, 

Jak przed okretem bialych kaczek stada. 

Tu ludzie biega, kazdego mroz goni, 

Zaden nie stanie, nie patrzy, nie gada; 

Kazdego oczy zmruzone, twarz blada, 

Kazdy trze rece i zebami dzwoni, 

I z ust kazdego wyzioniona para 

Wychodzi slupem, prosta, dluga, szara. 

Widzac te dymem buchajace gminy, 

Myslisz, ze chodza po miescie kominy. 

Po bokach gminnej cisnacej sie trzody 

Ciagna powaznie dwa ogromne rzedy, 

Jak procesy j e w koscielne obrzedy 

Lub jak nadbrzezne bystrej rzeki lody. 

I gdziez ta zgraja wlecze sie powoli, 

Na mroz nieczula jak trzoda soboli? 

Przechadzka modna jest o tej godzinie; 

Zimno i wietrzno, ale ktoz dba o to, 

Wszak cesarz tedy zwykl chodzic piechoto, 

I cesarzowa, i dworu mistrzynie. 

Ida marszalki, damy, urzedniki, 

W rownych abcugach: pierwszy, drugi, czwarty, 

Jako rzucane z rak szulera karty, 

Krole, wyzniki, damy i nizniki, 

Starki i miodki, czarne i czerwone, 

Padaja na te i na owa strone, 

Po obu stronach wspanialej ulicy, 

Po mostkach lsnacym wyslanych granitem. 

A naprzod ida dworscy urzednicy: 

Ten w futrze cieplem, lecz na wpol odkrylem, 

Aby widziano jego krzyzow cztery; 

Zmarznie, lecz wszystkim pokaze ordery; 

Wynioslym okiem rownych sobie szuka 

I, gruby, pelznie wolnym chodem zuka. 

Dalej gwardyjskie modniejsze mlokosy, 

Proste i cienkie jak ruchome piki, 

W pol ciala tego zwiazane jak osy. 

Dalej z pochylym karkiem czynowniki, 

Spode lba patrza, komu sie poklonic, 

Kogo nadeptac, a od kogo stronic; 

A kazdy gietki, we dwoje skurczony, 

Tulac sie pelzna jako skorpijony. 

Posrodku damy jako pstre motyle, 

Tak rozne plaszcze, kapeluszow tyle; 

Kazda w paryskim swieci sie stroiku 

I nozka miga w futrzanym trzewiku; 

Biale jak sniegi, rumiane jak raki. 

Wtem dwor odjezdza; stanely orszaki. 

Podbiegly wozy, ciagnace jak statki 

Obok plywaczow w glebokiej kapieli. 

Juz pierwsi w wozy wsiedli i znikneli; 

Za nimi pierzchly piechotne ostatki. 

Niejeden kaszlem suchotniczym steknie, 

A przeciez mowi: "Jak tam chodzic pieknie! 

Cara widzialem, i przed jeneralem 

Nisko klanialem, i z paziem gadalem!" 

Szlo kilku ludzi miedzy tym natlokiem, 

Rozni od innych twarza i odzieniem, 

Na przechodzacych ledwo rzuca okiem, 

Ale na miasto patrza z zadumieniem. 

Po fundamentach, po scianach, po szczytach, 

Po tych zelazach i po tych granitach 

Czepiaja oczy, jakby probowali, 

Czy mocno kazda cegla osadzona; 

I opuscili z rozpacza ramiona, 

Jak gdyby myslac: czlowiek ich nie zwali! 

Dumali - poszli - zostal z jedynastu 

Pielgrzym sam jeden; zasmial sie zlosliwie, 

Wzniosl reke, scisnal i uderzyl msciwie 

W glaz, jakby grozil temu glazow miastu. 

Potem na piersiach zalozyl ramiona 

I stal dumajac, i w cesarskim dworze 

Utkwil zrenice dwie jako dwa noze; 

I byl podobny wtenczas do Samsona, 

Gdy zdrada wziety i skuty wiezami 

Pod Filistynow dumal kolumnami. 

Na czolo jego nieruchome, dumne 

Nagly cien opadl, jak calun na trumne, 

Twarz blada strasznie zaczela sie mroczyc; 

Rzeklbys, ze wieczor, co juz z niebios spadal, 

Naprzod na jego oblicze osiadal 

I stamtad dalej mial swoj cien roztoczyc. 

Po prawej stronie juz pustej ulicy 

Stal drugi czlowiek - nie byl to podrozny, 

Zdal sie byc dawnym mieszkancem stolicy, 

Bo rozdawaj ac miedzy lud jalmuzny, 

Kazdego z biednych po imieniu wital, 

Tamtych o zony, tych o dzieci pytal. 

Odprawil wszystkich, wsparl sie na granicie 

Brzeznych kanalow i wodzil oczyma 

Po scianach gmachow i po dworca szczycie, 

Lecz nie mial oczu owego pielgrzyma, 

I wzrok wnet spuszczal, kiedy szedl z daleka 

Biedny, zebrzacy zolnierz lub kaleka. 

Wzniosl w niebo rece, stal i dumal dlugo 

W twarzy mial wyraz niebieskiej rozpaczy. 

Patrzyl jak aniol, gdy z niebios posluga 

Miedzy czyscowe dusze zstapic raczy 

I widzi cale w meczarniach narody, 

Czuje, co cierpia, maja cierpiec wieki 

I przewiduje, jak jest kres daleki 

Tylu pokolen zbawienia - swobody. 

Oparl sie placzac na kanalow brzegu, 

Lzy gorzkie biegly i zginely w sniegu; 

Lecz Bog je wszystkie zbierze i policzy, 

Za kazda odda ocean slodyczy. 

Pozno juz bylo, oni dwaj zostali, 

Oba samotni, i chociaz odlegli, 

Na koniec jeden drugiego postrzegli 

I dlugo siebie nawzajem zwazali. 

Pierwszy postapil czlowiek z prawej strony: 

"Bracie, rzekl, widze, zes tu zostawiony 

Sam jeden, smutny, cudzoziemiec moze; 

Co ci potrzeba, rozkaz w imie Boze; 

Chrzescijaninem jestem i Polakiem, 

Witam cie Krzyza i Pogoni znakiem". 

Pielgrzym, zbyt swymi myslami zajety, 

Otrzasnal glowa i uciekl z wybrzeza; 

Ale nazajutrz, gdy mysli swych mety 

Z wolna rozjasnia i pamiec odswieza, 

Nieraz zaluje owego natreta; 

Jesli go spotka, pozna go, zatrzyma; 

Choc rysow jego twarzy nie pamieta, 

Lecz w glosie jego i w slowach cos bylo 

Znanego uszom i duszy pielgrzyma 

Moze sie o nim pielgrzymowi snilo. 

POMNIK PIOTRA WIELKIEGO 

Z wieczora na dzdzu stali dwaj mlodzience 

Pod jednym plaszczem, wziawszy sie za rece: 

Jeden - ow pielgrzym, przybylec z zachodu, 

Nieznana carskiej ofiara przemocy; 

Drugi byl wieszczem ruskiego narodu, 

Slawny piesniami na calej polnocy. 

Znali sie z soba niedlugo, lecz wiele 

I od dni kilku juz sa przyjaciele. 

Ich dusze wyzsze nad ziemne przeszkody, 

Jako dwie Alpow spokrewnione skaly: 

Choc je na wieki rozerwal nurt wody, 

Ledwo szum slysza swej nieprzyjaciolki, 

Chylac ku sobie podniebne wierzcholki. 

Pielgrzym cos dumal nad Piotra kolosem, 

A wieszcz rosyjski tak rzekl cichym glosem: 

"Pierwszemu z carow, co te zrobil cuda, 

Druga carowa pamietnik stawiala. 

Juz car odlany w ksztalcie wielkoluda 

Siadl na brazowym grzbiecie bucefala 

I miejsca czekal, gdzie by wjechal konno. 

Lecz Piotr na wlasnej ziemi stac nie moze, 

W ojczyznie jemu nie dosyc przestronne, 

Po grunt dla niego poslano za morze. 

Poslano wyrwac z finlandzkich nadbrzezy 

Wzgorek granitu; ten na Pani slowo 

Plynie po morzu i po ladzie biezy, 

I w miescie pada na wznak przed carowa. 

Juz wzgorek gotow; leci car miedziany, 

Car knutowladny w todze Rzymianina, 

Wskakuje rumak na granitu sciany, 

Staje na brzegu i w gore sie wspina. 

Nie w tej postawie swieci w starym Rzymie 

Kochanek ludow, ow Marek Aureli, 

Ktory tym naprzod rozslawil swe imie, 

Ze wygnal szpiegow i donosicieli; 

A kiedy zdziercow domowych poskromil, 

Gdy nad brzegami Renu i Paktolu 

Hordy najezdzcow barbarzynskich zgromil, 

Do spokojnego wraca Kapitolu. 

Piekne, szlachetne, lagodne ma czolo, 

Na czole blyszczy mysl o szczesciu panstwa; 

Reke powaznie wzniosl, jak gdyby wkolo 

Mial blogoslawic tlum swego poddanstwa, 

A druga reke opuscil na wodze, 

Rumaka swego zapedy ukraca. 

Zgadniesz, ze mnogi lud tam stal na drodze 

I krzyczal: "Cesarz, ojciec nasz powraca!" 

Cesarz chcial z wolna jechac miedzy tlokiem, 

Wszystkich ojcowskiem udarowac okiem. 

Kon wzdyma grzywe, zarem z oczu swieci, 

Lecz zna, ze wiezie najmilszego z gosci, 

Ze wiezie ojca milijonom dzieci, 

I sam hamuje ogien swej zywosci; 

Dzieci przyjsc blisko, ojca widziec moga, 

Kori rownym krokiem, rowna stapa droga. 

Zgadniesz, ze dojdzie do niesmiertelnosci! 

Car Piotr wypuscil rumakowi wodze, 

Widac, ze lecial tratujac po drodze, 

Od razu wskoczyl az na sam brzeg skaly. 

Juz kon szalony wzniosl w gore kopyta, 

Car go nie trzyma, kon wedzidlem zgrzyta, 

Zgadniesz, ze spadnie i prysnie w kawaly. 

Od wieku stoi, skacze, lecz nie spada, 

Jako lecaca z granitow kaskada, 

Gdy scieta mrozem nad przepascia zwisnie 

Lecz skoro slonce swobody zablysnie 

I wiatr zachodni ogrzeje te panstwa, 

I coz sie stanie z kaskada tyranstwa?" 

PRZEGLAD WOJSKA 

Jest plac ogromny: jedni zowia szczwalnia, 

Tam car psy wtrawia, nim pusci na zwierza; 

Drudzy plac zowia grzeczniej gotowalnia, 

Tam car swe stroje probuje, przymierza, 

Nim w rury, w piki, w dziala ustrojony, 

Wyjdzie odbierac monarchow poklony. 

Kokietka idac na bal do palacu 

Nie tyle trawi przed zwierciadlem czasow, 

Nie robi tyle umizgow, grymasow, 

Ile car co dzien na tym swoim placu. 

Inni w tym placu widza saranczarnie, 

Mowia, ze car tam hoduje nasiona 

Chmury saranczy, ktora wypasiona 

Wyleci kiedys i ziemie ogarnie. 

Sa, co plac zowia toczydlem chirurga, 

Bo tu car naprzod lancety szlifuje, 

Nim wyciagnawszy reke z Petersburga, 

Tnie tak, ze cala Europa poczuje; 

Lecz nim wysledzi, jak gleboka rana, 

Nim plastr obmysli od naglej krwi straty, 

Juz car puls przetnie szacha i sultana 

I krew wypusci spod serca Sarmaty. 

Plac roznych imion, lecz w jezyku rzadow 

Zowie sie placem wojskowych przegladow. 

Dziesiata - ranek - juz przegladow pora, 

Juz plac okraza ludu zgraja cicha, 

Jako brzeg czarny bialego jeziora; 

Kazdy sie tloczy, na srodek popycha. 

Po placu, jako rybitwy nad woda, 

Zwija sie kilku doricow i dragunow; 

Ciekawsze glowy tylcem piki boda, 

Na blizsze karki sypia grad bizunow. 

Kto wylazl naprzod jak zaba z bagniska, 

Ze lbem sie cofa i kark w tlumy wciska. 

Slychac grzmot z dala, gluchy, jednostajny, 

Jak kucie mlotow lub mlocenie cepow: 

To beben, pulkow przewodnik zwyczajny, 

Za nim szeregi ciagna sie wzdluz stepow, 

Mnogie i rozne, lecz w jednym ubiorze, 

Zielone, w sniegu czernia sie z daleka; 

I plynie kazda kolumna jak rzeka, 

I wszystkie w placu tona jak w jeziorze. 

Tu mi daj, muzo, usta stu Homerow, 

W kazde wsadz ze sto paryskich jezykow, 

I daj mi piora wszystkich buchalterow, 

Bym mogl wymienic owych pulkownikow, 

I oficerow, i podoficerow, 

I szeregowych zliczyc bohaterow. 

Lecz bohatery tak podobne sobie, 

Tak jednostajne! stoi chlop przy chlopie, 

Jako rzad koni zujacych przy zlobie, 

Jak klosy w jednym uwiazane snopie, 

Jako zielone na polu konopie, 

Jak wiersze ksiazki, jak skiby zagonow, 

Jak petersburskich rozmowy salonow. 

Tyle dostrzeglem, ze jedni z Moskalow, 

Wyzsi od drugich na piec lub szesc calow, 

Mieli na czapkach mosiezne litery 

Jakby lysinki - to grenadyjery; 

I bylo takich trzy zgraje wasalow. 

Za nimi nizsi stali w mnogich rzedach, 

Jak pod lisciami ogorki na grzedach. 

Zeby rozroznic pulki w tej piechocie, 

Trzeba miec bystry wzrok naturalisty, 

Ktory przeglada wykopane w blocie 

I gatunkuje, i nazywa glisty. 

Zagrzmialy traby - to konne orszaki, 

I rozmaitsze, ulanow, huzarow, 

Dragonow: czapki, kirysy, kolpaki 

Myslalbys, ze tu kapelusznik jaki 

Rozlozyl sklady swych roznych towarow; 

W koncu pulk wjechal: chlopy gdyby hlaki, 

Okute miedzia jak rzed samowarow, 

A spodem pyski konskie jako haki. 

Pulki w tak roznych ubiorach i broniach 

Najlepiej bedzie rozroznic po koniach; 

Bo tak i nowa taktyka doradza, 

I z obyczajem ruskim to sie zgadza. 

Napisal wielki jeneral Zomini, 

Ze kon, nie czlowiek, dobra jazde czyni; 

Dawno juz o tym wiedzieli Rusini: 

Bo za dobrego konia gwardyjaka 

Zakupisz u nich dobrych trzech zolnierzy. 

Oficerskiego cena jest czworaka, 

I za takiego konia dac nalezy 

Lutniste, skoczka albo tez pisarza, 

A w czasach drogich nawet i kucharza. 

Skarbowe chude, poderwane klacze, 

Nawet te, ktore woza lazarety, 

Jesli je stawia w faraona gracze, 

Licza sie zawsze: klacz za dwie kobiety. 

Wrocmy do pulkow. - Pierwszy wjechal kary, 

Drugi tez kary, lecz anglizowany, 

Dwa bylo gniade, a piaty bulany, 

Siodmy znow gniady, osmy jak mysz szary, 

Dziewiaty rosly, dziesiaty mierzyna, 

A potem znowu kary bez ogona, 

U dwunastego na czole lysina, 

A zas ostatni wygladal jak wrona. 

Harmat wjechalo czterdziesci i osim, 

Jaszczykow wiecej nizli drugie tyle; 

Wszystkiego dwiescie, jak po wierzchu wnosim: 

Bo zeby dobrze zliczyc w jedne chwile 

Srod mnostwa koni i ludzi motlochu, 

Trzeba miec oko twe, Napoleonie, 

Lub twoje, ruski intendencie prochu 

Ty, nie zwazajac na ludzi i konie, 

Jaszczykow patrzysz, wnet liczbe ich zgadles, 

Wiesz, ile w kazdym ladunkow ukradles. 

Juz plac okryly zielone mundury, 

Jak trawy, w ktore ubiera sie laka, 

Gdzieniegdzie tylko wznosi sie do gory 

Jaszczyk podobny do blotnego baka 

Lub polnej pluskwy z zielonawym grzbietem, 

A przy nim dzialo ze swoim lawetem 

Usiadlo na ksztalt czarnego pajaka. 

Kazdy ten pajak ma nog przednich cztery 

I cztery tylnych: zowia sie te nogi 

Kanonijery i bombardyjery. 

Jezeli siedzi spokojnie srod drogi, 

Noga sie kazda gdzies daleko rucha; 

Myslisz, ze calkiem oddzielne od brzucha, 

I brzuch jak balon w powietrzu ulata. 

Lecz skoro cicha, drzemiaca harmata 

Nagle sie zbudzi rozkazem wyzwana, 

Jak tarantula, gdy jej kto w nos dmuchnie 

Wnet sciagnie nogi/ podchyla kolana 

I nim sie nadmie, nim jady wybuchnie, 

Zrazu przednimi kanonij erami 

Okolo pyska dlugo, szybko wije 

Jak mucha, co sie w arszeniku splami, 

Siadlszy swoj czarny pyszczek dlugo myje; 

Potem dwie przednie nogi w tyl wywroci, 

Tylnymi kreci/ potem kiwa zadem, 

Nareszcie wszystkie nogi w bok rozrzuci, 

Chwile spoczywa, w koncu buchnie jadem. 

Pulki stanely - patrza - car, car jedzie, 

Tuz kilku starych, konnych admiralow, 

Tlum adiutantow i cma jeneralow 

Z tylu i z przodu, a car sam na przedzie. 

Orszak dziwacznie pstry i cetkowany, 

Jak arlekiny: pelno na nich wstazek, 

Kluczykow, cyfer, portrecikow, sprzazek, 

Ten sino, tamten zolto przepasany, 

Na kazdym gwiazdek, kolek i krzyzykow 

Z przodu i z tylu wiecej niz guzikow. 

Swieca sie wszyscy, lecz nie swiatlem wlasnem, 

Promienie na nich ida z oczu panskich; 

Kazdy jeneral jest robaczkiem jasnym, 

Co blyszczy pieknie w nocach swietojanskich; 

Lecz skoro przejdzie wiosna carskiej laski, 

Nedzne robaczki traca swoje blaski: 

Zyja, do cudzych krajow nie ucieka, 

Ale nikt nie wie, gdzie sie w blocie wleka. 

Jeneral w ogien smialym idzie krokiem, 

Kula go trafi, car sie don usmiechnie; 

Lecz gdy car strzeli nielaskawym okiem, 

Jeneral bladnie, slabnie, czesto - zdechnie. 

Srod dworzan predzej znalazlbys stoikow, 

Wspaniale dusze - choc gniew cara czuja, 

Ani sie zarzna, ani zachoruja; 

Wyjada na wies do swych palacykow 

I pisza stamtad: ten do szambelana, 

Ow do metresy, ow do damy dworu, 

Liberalniejsi pisza do furmana. 

I znowu z wolna wroca do faworu. 

Tak z domu oknem zrucony pies zdycha, 

Kot miauknie tylko, lecz stanie na nogi 

I znowu szuka do powrotu drogi, 

I jakas dziura znowu wnidzie z cicha; 

Nim stoik w sluzbe wroci tryumfalnie, 

Na wsi rozprawia cicho - liberalnie. 

Car byl w mundurze zielonym, z kolnierzem 

Zlotym. Car nigdy nie zruca mundura; 

Mundur wojskowy jest to carska skora, 

Car rosnie, zyje i - gnije zolnierzem. 

Ledwie z kolebki dziecko wyjdzie carskie, 

Zaraz do tronu zrodzony paniczyk 

Ma za stroj kurtki kozackie, huzarskie, 

A za zabawke szabelke i - biczyk. 

Sylabizujac szabelka wywija 

I nia wskazuje na ksiazce litery; 

Kiedy go tanczyc ucza guwernery, 

Biezy kiem takty muzyki wybija. 

Doroslszy, cala jest jego zabawa 

Zbierac zolnierzy do swojej komnaty, 

Komenderowac na lewo, na prawo, 

I wprawiac pulki w musztre - i pod baty. 

Tak sie car kazdy do tronu sposobil, 

Stad ich Europa boi sie i chwali; 

Slusznie z Krasickim starzy powiadali: 

"Madry przegadal, ale glupi pobil". 

Piotra Wielkiego niechaj pamiec zyje, 

Pierwszy on odkryl te Caropedyje. 

Piotr wskazal carom do wielkosci droge; 

Widzial on madre Europy narody 

I rzekl: "Rosyje zeuropejczyc moge, 

Obetne suknie i ogole brody". 

Rzekl - i wnet poly bojarow, kniazikow 

Scieto jak szpaler francuskiego sadu; 

Rzekl - i wnet brody kupcow i muzykow 

Sypia sie chmura jak liscie od gradu. 

Piotr zaprowadzil bebny i bagnety, 

Postawil turmy, urzadzil kadety, 

Kazal na dworze tanczyc menuety 

I do towarzystw gwaltem wwiodl kobiety; 

I na granicach poosadzal straze, 

I lancuchami pozamykal porty, 

Utworzyl senat, szpiegi, dygnitarze, 

Odkupy wodek, czyny i paszporty; 

Ogolil, umyl i ustroil chlopa, 

Dal mu bron w rece, kieszen narublowal 

I zadziwiona krzyknela Europa: 

"Car Piotr Rosyja ucywilizowal". 

Zostalo tylko dla nastepnych carow 

Przylewac klamstwa w brudne gabinety, 

Przysylac w pomoc despotom bagnety, 

Wyprawic kilka rzezi i pozarow; 

Zagrabiac cudze dokola dzierzawy, 

Skradac poddanych, placic cudzoziemcow, 

By zyskac oklask Francuzow i Niemcow, 

Ujsc za rzad silny, madry i laskawy. 

Niemcy, Francuzi, zaczekajcie nieco! 

Bo gdy wam w uszy zabrzmi huk ukazow, 

Gdy knutow grady na karki wam zleca, 

Gdy was pozary waszych miast oswieca, 

A wam natenczas zabraknie wyrazow; 

Gdy car rozkaze ubostwiac i slawic 

Sybir, kibitki, ukazy i knuty 

Chyba bedziecie cara piesnia bawic, 

Waryjowana na dzisiejsze nuty. 

Car jak kregielna kula miedzy szyki 

Wlecial i spytal o zdrowie gawiedzi; 

"Zdrowia ci zyczym", szepca wojownik!, 

Ich szepty byly jak mruk stu niedzwiedzi. 

Dal rozkaz - rozkaz wymknal sie przez zeby 

I wpadl jak pilka w usta komendanta, 

I potem gnany od geby do geby 

Na ostatniego upada szerzanta. 

Jeknely bronie, szczeknely palasze 

I wszystko bylo zmieszane w odmecie: 

Na linijowym kto widzial okrecie 

Ogromny kociol, w ktorym robia kasze, 

Kiedy wen woda z pompy jako z rzeczki 

Bucha, a w wode sypie majtkow rzesza 

Za jednym razem krup ze cztery beczki, 

Potem dziesiatkiem wiosel w kotle miesza; 

Kto zna francuska izbe deputatow, 

Wieksza i stokroc burzliwsza od kotla, 

Kiedy w nie projekt komisyja wmiotla 

I juz nadchodzi godzina debatow: 

Cala Europa, czujac z dawna glody, 

Mysli, ze dla niej tam warza swobody; 

Juz liberalizm z ust jako z pomp bucha; 

Ktos tam o wierze wspomnial na poczatku, 

Izba sie burzy, szumi i nie slucha; 

Ktos wspomnial wolnosc, lecz nie zrobil wrzatku, 

Ktos wreszcie wspomnial o krolow zamiarach, 

O biednych ludach, o despotach, carach, 

Izba znudzona krzyczy: "Do porzadku!" 

Az tu minister skarbu, jakby z dragiem, 

Wbiega z ogromnym budzetu wyciagiem, 

Zaczyna mieszac mowa o procentach, 

O clach, oplatach, stemplach, remanentach; 

Izba wre, huczy i kipi, i pryska, 

I szumowiny az pod niebo ciska; 

Ludy sie ciesza/ gabinety strasza, 

Az sie dowiedza wszyscy na ostatku, 

Ze byla mowa tylko - o podatku. 

Kto tedy widzial owy kociol z kasza 

Lub owa izbe - ten latwo zrozumie, 

Jaki gwar powstal" w tylu pulkow tlumie, 

Gdy rozkaz carski wlecial w srodek kupy. 

Wtem trzystu bebnow ozwaly sie huki, 

I jak lod Newy gdy prysnie na sztuki, 

Piechota w dlugie porznela sie slupy. 


Страница 31 из 33:  Назад   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11   12   13   14   15   16   17   18   19   20   21   22   23   24   25   26   27   28   29   30  [31]  32   33   Вперед 

Авторам Читателям Контакты